„Jakie jest moje dzieło, taki jestem ja.” Tak Vincent van Gogh opisywał swoją twórczość. W tych kilku słowach zawarł właściwie całe swoje życie. Każdy obraz był odbiciem jego emocji, każda plama farby zapisem chwil zachwytu lub rozpaczy, a każdy gwałtowny ruch pędzla zdradzał coś, czego często nie potrafił wyrazić słowami.
Paradoks polega jednak na tym, że choć van Gogh należy dziś do najbardziej rozpoznawalnych artystów świata, wciąż wiemy o nim zaskakująco niewiele. Zachowało się ponad dziewięćset jego listów, głównie do ukochanego brata Theo. Powstały setki książek i tysiące artykułów, lecz najważniejsze pytania nadal pozostają bez odpowiedzi. Czy naprawdę sam odciął sobie ucho? Na jaką chorobę cierpiał? Czy rzeczywiście popełnił samobójstwo? A może przez całe życie próbował uciec przed cieniem wydarzenia, które nastąpiło jeszcze zanim przyszedł na świat?
To nie jest kolejna biografia Vincenta van Gogha. O jego życiu napisano już niemal wszystko. Spróbujmy natomiast zajrzeć tam, gdzie kończą się pewne fakty, a zaczynają tajemnice.

Historia Vincenta zaczyna się rok przed jego narodzinami. 30 marca 1852 roku Anna Cornelia i Theodorus van Goghowie przeżyli tragedię. Urodził się ich pierwszy syn. Nadali mu imiona Vincent Willem van Gogh. Chłopiec zmarł jednak jeszcze tego samego dnia.
Dokładnie rok później, niemal co do dnia – 30 marca 1853 roku – urodził się kolejny syn. Rodzice nie szukali nowego imienia. Nadali mu dokładnie to samo. Vincent Willem van Gogh.
Dzisiaj mogłoby się to wydawać dziwne, jednak w XIX wieku nie należało do rzadkości. Mimo to psychologowie od wielu lat zastanawiają się, jaki wpływ mogło mieć takie dzieciństwo na rozwój przyszłego malarza.
Kilkaset metrów od rodzinnego domu znajdował się cmentarz. Na jednym z nagrobków widniało jego własne imię i nazwisko. Pod nim data urodzenia. Dokładnie taka sama jak jego. Jedynie rok wcześniejsza.
Nie wiemy, jak często mały Vincent odwiedzał grób starszego brata. Wiemy jednak, że przechodził obok niego wielokrotnie. Trudno wyobrazić sobie bardziej niezwykłą sytuację niż dorastanie ze świadomością, że ktoś o tym samym imieniu i nazwisku już kiedyś istniał, ale nie dane mu było żyć.
Niektórzy badacze uważają, że Vincent przez całe życie próbował udowodnić, iż zasługuje na swoje miejsce w rodzinie. Inni odrzucają tę teorię jako zbyt daleko idącą interpretację. Pewne jest jedynie to, że motyw śmierci, przemijania i odradzającej się natury będzie później stale powracał w jego twórczości.
Rodzina van Goghów należała do szanowanych mieszkańców niewielkiego holenderskiego miasteczka Zundert.
Ojciec był pastorem Kościoła Reformowanego. Matka pochodziła z dobrze sytuowanej rodziny zajmującej się introligatorstwem i handlem dziełami sztuki. Była kobietą niezwykle obowiązkową, dokładną i wymagającą.
W domu panował niemal wojskowy porządek. Posiłki odbywały się o wyznaczonych godzinach. Dzieci miały być punktualne, schludnie ubrane i posłuszne. Każdego dnia uczyły się na pamięć fragmentów Biblii, wierszy oraz tekstów religijnych. Praca, dyscyplina i obowiązek stanowiły fundament wychowania.
Mały Vincent od początku wydawał się jednak inny.
Bywał zamknięty w sobie, unikał rówieśników i najchętniej samotnie włóczył się po polach. Godzinami obserwował ptaki, owady i rośliny. Zbierał liście, suszył kwiaty, prowadził własne zielniki. Już wtedy potrafił dostrzec piękno tam, gdzie inni widzieli zwykłe chwasty.
Po latach napisze do Theo: „Jeśli naprawdę kochasz naturę, piękno znajdziesz wszędzie.”
Nie były to puste słowa.
To właśnie z dzieciństwa wyniósł niezwykłą umiejętność obserwowania świata. Kiedy wiele lat później malował pola pszenicy czy cyprysy, nie przedstawiał jedynie krajobrazu. Malował wspomnienia.
Dzisiaj trudno w to uwierzyć, ale Vincent wcale nie marzył o zostaniu malarzem. Przez długi czas wydawało się, że pójdzie w ślady ojca.
Najpierw pracował jako sprzedawca dzieł sztuki w renomowanej firmie Goupil & Cie. Poznał tam twórczość największych europejskich malarzy, jednak handel szybko zaczął go męczyć. Coraz bardziej drażniło go traktowanie sztuki jak zwykłego towaru.
Postanowił więc poświęcić się religii. Wyjechał do Amsterdamu i rozpoczął przygotowania do egzaminów teologicznych. Był ambitny. Jednocześnie coraz bardziej wyniszczał organizm.
Pił ogromne ilości kawy. Palił papierosy niemal bez przerwy. Jadł bardzo mało. Sypiał po kilka godzin.
To właśnie wtedy w jego listach po raz pierwszy pojawiają się zdania świadczące o głębokim przygnębieniu i poczuciu bezwartościowości.
Nie zdał egzaminów. Był to kolejny bolesny cios.

Czaszka z papierosem, domena publiczna
Los zaprowadził go do belgijskiego Borinage. Był to jeden z najbiedniejszych regionów Europy.
Kopalnie, pył węglowy, skrajna nędza i ciężka praca dzieci tworzyły krajobraz, który wstrząsnął młodym kaznodzieją.
Vincent nie ograniczał się do wygłaszania kazań. Oddawał biednym własne ubrania. Spał na podłodze.
Rezygnował z jedzenia. Pomagał rannym górnikom. Przełożeni byli jednak przerażeni.
Uznali, że przekracza granice rozsądku i… zwolnili go z funkcji kaznodziei. Dla Vincenta była to kolejna życiowa porażka.
Ojciec zaczął nawet rozważać umieszczenie syna w zakładzie psychiatrycznym. To właśnie wtedy wydarzyło się coś, co całkowicie odmieniło jego życie.
Podczas pobytu w Amsterdamie Vincent usłyszał kazanie młodego pastora, którego nazwiska dziś prawie nikt już nie pamięta. Treść kazania była jednak niezwykła. Kaznodzieja przekonywał, że: Bóg objawia się poprzez naturę.
Jeżeli więc natura jest dziełem Boga, to artysta, który potrafi ukazać jej piękno, również pełni szczególną misję. Nie głosi kazań słowami. Głosi je obrazami. Ta myśl głęboko zapadła Vincentowi w pamięć.
Kilka lat później napisze do brata Theo, że prawdziwy artysta jest kaznodzieją, tylko przemawia innym językiem. Możliwe, że właśnie wtedy narodził się malarz, którego dziś podziwia cały świat. Miał już dwadzieścia siedem lat. Większość wielkich artystów miała w tym wieku za sobą najlepsze dzieła. On dopiero kupował pierwsze farby.
Dzisiejszy van Gogh kojarzy się ze słonecznikami, błękitnym niebem i eksplozją żółci. Pierwsze obrazy wyglądały jednak zupełnie inaczej. Dominowały brązy. Szarości. Czerń. Najbardziej znanym dziełem z tego okresu są „Jedzący kartofle”.
To nie jest obraz biedy. To obraz godności. Van Gogh uważał, że spracowane dłonie chłopów są piękniejsze od delikatnych dłoni bogaczy. Celowo malował ludzi zmęczonych, pooranych pracą i pozbawionych idealnych rysów twarzy.
Nie chciał tworzyć pięknych obrazów, po prostu chciał malować prawdę.

Jedzący kartofle, domena publiczna
Życie uczuciowe Vincenta do dziś pozostaje jedną z największych zagadek. Wiemy o kilku kobietach.
Nie wiemy jednak, czy któraś naprawdę odwzajemniała jego uczucia. Pierwszą wielką miłością była Eugénie Loyer, córka właścicielki pensjonatu w Londynie. Vincent był przekonany, że zostanie jego żoną. Gdy wyznał jej miłość, usłyszał, że od dawna jest zaręczona z innym mężczyzną. Niektórzy historycy uważają, że był to jedynie delikatny sposób odrzucenia natarczywego adoratora.
Później zakochał się w swojej kuzynce Kee Vos. Jej odpowiedź przeszła do historii: „Nie. Nigdy. Przenigdy.”
To zdanie Vincent zapamiętał na całe życie.
Jeszcze większe emocje budzi jego związek z Clasien Marią Hoornik, zwaną Sien – ciężarną prostytutką, którą przygarnął pod swój dach. Rodzina była oburzona, ale on widział w niej przede wszystkim człowieka potrzebującego pomocy. Sien pozowała do wielu jego rysunków i obrazów. Choć ich relacja zakończyła się rozstaniem, była jedną z nielicznych osób, z którymi Vincent próbował stworzyć prawdziwy dom.
Później pojawiła się Agostina Segatori, właścicielka paryskiej kawiarni Café Tambourin i dawna modelka artystów. To właśnie tam zorganizowano jedną z pierwszych wystaw jego prac. Romans był jednak burzliwy i zakończył się równie gwałtownie, jak się rozpoczął.
Miłość nie przyniosła mu ukojenia. Pozostało malarstwo.
A ono miało wkrótce zaprowadzić go do niewielkiego miasta na południu Francji, gdzie powstały jego najsłynniejsze dzieła i gdzie wydarzyła się tajemnica, która do dziś rozpala wyobraźnię historyków – historia odciętego ucha.
W lutym 1888 roku Vincent van Gogh wysiadł z pociągu w Arles na południu Francji. Po miesiącach spędzonych w szarej i deszczowej Paryżu poczuł się tak, jakby trafił do zupełnie innego świata. Nad Prowansją świeciło ostre słońce, pola mieniły się złotem dojrzewających zbóż, a niebo miało odcień błękitu, którego wcześniej nigdy nie widział. To właśnie tutaj chciał rozpocząć nowe życie.
W jednym z listów do Theo pisał, że południe Francji przypomina mu Japonię. Nie chodziło jedynie o światło. Vincent od lat fascynował się japońskimi drzeworytami ukiyo-e. Kupował je niemal obsesyjnie, kopiował ich kompozycje i marzył o stworzeniu podobnej wspólnoty artystów, jaka – jak sądził – istniała w Kraju Kwitnącej Wiśni. Dziś wiemy, że wyobrażał sobie Japonię bardziej jako krainę idealną niż rzeczywistą, ale właśnie ta wizja pchnęła go do Arles.
Wynajął niewielki dom przy Place Lamartine. Dom był pomalowany na intensywny żółty kolor. To właśnie od niego pochodzi jego późniejsza nazwa – Żółty Dom.
Van Gogh urządzał go z niezwykłym zapałem. Kupował meble, dekorował ściany własnymi obrazami i przygotowywał pokoje dla przyjaciół. Wierzył, że uda mu się stworzyć pierwszą w historii nowoczesną kolonię artystyczną – miejsce, w którym malarze będą wspólnie mieszkać, dyskutować i tworzyć.
Do tego marzenia brakowało już tylko jednego człowieka. Paula Gauguina.

Żółty dom w Arles, domena publiczna
Paul Gauguin był przeciwieństwem Vincenta. Pewny siebie. Opanowany. Lubił dominować. Van Gogh natomiast był impulsywny, niezwykle emocjonalny i rozpaczliwie potrzebował akceptacji.
A jednak fascynowali się sobą nawzajem. Vincent przez wiele miesięcy błagał Theo, aby pomógł sprowadzić Gauguina do Arles. Brat zgodził się finansować jego pobyt. Jesienią 1888 roku Gauguin przyjechał. Początkowo wszystko układało się znakomicie. Obaj malowali od świtu do zmroku. Dyskutowali o sztuce. Spacerowali po okolicy. Wieczorami pili absynt i rozmawiali do późnej nocy.
Podczas zaledwie dziewięciu tygodni wspólnego pobytu Vincent stworzył trzydzieści sześć obrazów. Gauguin ponad dwadzieścia. Nigdy wcześniej żaden z nich nie pracował z taką intensywnością. Jednak z każdym tygodniem atmosfera stawała się coraz bardziej napięta. Vincent uwielbiał malować bezpośrednio przed wybranym motywem. Gauguin uważał, że prawdziwy artysta powinien tworzyć przede wszystkim z wyobraźni. Obaj byli przekonani o własnej racji. Każda dyskusja kończyła się gwałtowną kłótnią.

Gauguin i van Gogh, domena publiczna
Trudno znaleźć drugiego malarza, którego twórczość tak silnie kojarzyłaby się z jednym kolorem. Żółte pola, żółte słońce, żółte wnętrza, żółte słoneczniki, żółty Dom.
Przez wiele lat historycy sztuki tłumaczyli to jedynie symboliką światła i życia. Dzisiaj wiemy, że sprawa może być znacznie bardziej skomplikowana. Istnieją co najmniej cztery hipotezy.
Pierwsza wydaje się najbardziej oczywista. Vincent uważał południowe słońce za symbol nadziei. Żółć miała oznaczać ciepło, życie i duchowe odrodzenie. Druga związana jest z religią. Van Gogh wielokrotnie pisał, że światło jest znakiem obecności Boga. Nie mogąc zostać kaznodzieją, zaczął „głosić Ewangelię kolorem”. Ale są również teorie medyczne. Niektórzy badacze przypuszczają, że lekarz Vincenta, doktor Paul Gachet, leczył go preparatami zawierającymi naparstnicę. Jednym ze skutków ubocznych tej rośliny jest ksantopsja – zaburzenie widzenia, podczas którego świat nabiera żółtawego odcienia. Na portrecie doktora Gacheta van Gogh namalował gałązkę naparstnicy.
Czy był to przypadek? Nie wiadomo.
Jeszcze inna hipoteza mówi o przewlekłym zatruciu ołowiem i chromem zawartymi w farbach. Wiadomo, że artyści XIX wieku często oblizywali pędzle, a sam Vincent miał zwyczaj trzymać je między zębami. W organizmie mogły przez lata gromadzić się toksyczne metale wpływające na układ nerwowy. Żadnej z tych teorii nie udało się ostatecznie potwierdzić. Być może prawdziwe są wszystkie jednocześnie.

Portret doktora Gacheta, domena publiczna
Dziś „Słoneczniki” należą do najsłynniejszych obrazów świata. Mało kto jednak wie, że ich powstanie miało bardzo konkretny cel. Vincent malował je dla Gauguina. Chciał udekorować nimi pokój przyjaciela. W listach pisał, że żółte kwiaty będą symbolem przyjaźni i wspólnoty artystów.
Ironia losu polega na tym, że właśnie wśród tych obrazów rozegrały się wydarzenia, które zakończyły ich znajomość.
Po latach Gauguin przyznał, że nigdy wcześniej nie spotkał człowieka równie utalentowanego, ale jednocześnie tak niestabilnego emocjonalnie.

Słoneczniki, domena publiczna
Wieczorem 23 grudnia 1888 roku doszło do wydarzenia, które do dziś pozostaje jedną z największych zagadek historii sztuki. Przez dziesięciolecia sądzono, że po gwałtownej kłótni Vincent wrócił do domu i w napadzie szaleństwa odciął sobie brzytwą fragment lewego ucha. Tak przynajmniej głosiła oficjalna wersja.
Jednak w XXI wieku pojawiła się hipoteza, która wywołała ogromną dyskusję. Dwaj niemieccy historycy sztuki, Hans Kaufmann i Rita Wildegans, zwrócili uwagę na kilka niezwykłych faktów.
Paul Gauguin był znakomitym szermierzem. Nigdy nie ukrywał, że stale nosił przy sobie szpadę. Świadkowie słyszeli gwałtowną kłótnię, a następnego dnia Gauguin w pośpiechu opuścił Arles.
Vincent w liście napisał jedynie: „Ja będę milczał. Ty również milcz.”
To jedno zdanie do dziś rozpala wyobraźnię badaczy. Czy był to zwykły apel o dyskrecję? Czy może rzeczywiście zawarli pakt milczenia? Nie istnieją żadne dowody pozwalające jednoznacznie rozstrzygnąć tę sprawę.
Jeszcze ciekawsze jest jednak coś innego.
Przez ponad sto lat sądzono, że Vincent odciął jedynie płatek ucha. Dopiero odnaleziony po latach szkic doktora Félixa Reya pokazał, że rana była znacznie poważniejsza. Usunięta została niemal cała małżowina uszna. To obrażenie znacznie trudniej byłoby zadać sobie samemu.
Kilka tygodni później Vincent stanął przed lustrem. Założył futrzaną czapkę. Zapalił fajkę. I namalował siebie.
Dzisiaj obraz ten zna cały świat. Mało kto jednak zwraca uwagę na jeden szczegół. Na obrazie zabandażowane jest prawe ucho. Choć uszkodzone było lewe. Nie jest to pomyłka. Van Gogh malował swoje odbicie w lustrze. Dlatego wszystko zostało odwrócone.
To drobiazg, ale pokazuje, z jaką dokładnością pracował nawet po jednym z najtragiczniejszych wydarzeń swojego życia.

Autoportet z odciętym uchem, domena publiczna
Pod koniec 1888 roku marzenie o kolonii artystów legło w gruzach. Gauguin wyjechał z Arles i już nigdy więcej nie spotkał Vincenta. Pozostali w kontakcie jedynie listownym, lecz ich relacja nigdy nie odzyskała dawnej intensywności.
Sam van Gogh miał przed sobą jeszcze niespełna dwa lata życia. To właśnie wtedy stworzy swoje największe arcydzieła – „Gwiaździstą noc”, „Irysy”, „Pole pszenicy z krukami” i dziesiątki innych obrazów, które dziś uważa się za szczyt malarstwa XIX wieku. Paradoks polega na tym, że im bardziej pogarszał się jego stan psychiczny, tym bardziej niezwykła stawała się jego sztuka.
Legenda mówi, że zakrwawione ucho zaniósł prostytutce Rachel.
Tylko że… prawdopodobnie nie była prostytutką. Badania archiwów miejskich wskazują, że mogła być zaledwie osiemnastoletnią sprzątaczką pracującą w domu publicznym.
Vincent podał jej zawinięty w papier pakunek i powiedział: „Pilnuj tego bardzo starannie.”
Dlaczego właśnie jej? Nie wiemy. Nie zachowało się żadne wyjaśnienie. To jedna z tych tajemnic, które prawdopodobnie nigdy nie zostaną rozwiązane.

Prostytutka- czy to może być Rachel?, domena publiczna
Po dramatycznych wydarzeniach w Arles Vincent van Gogh coraz częściej doświadczał gwałtownych załamań psychicznych. Napady lęku przeplatały się z okresami całkowicie normalnego funkcjonowania. Co niezwykłe, właśnie wtedy powstawały jego największe arcydzieła.
W maju 1889 roku dobrowolnie zgłosił się do zakładu psychiatrycznego Saint-Paul-de-Mausole w Saint-Rémy-de-Provence. Dla wielu był to dowód, że pogodził się z chorobą. W rzeczywistości był to akt desperacji. Van Gogh bał się samego siebie. W listach do Theo pisał, że najbardziej przeraża go utrata kontroli nad własnym umysłem.
Lekarze końca XIX wieku byli jednak niemal bezradni. Medycyna nie znała jeszcze współczesnej psychiatrii. Pacjentów z podobnymi objawami określano ogólnikowo jako „obłąkanych”, a ich leczenie ograniczało się głównie do izolacji, odpoczynku i obserwacji. W dokumentach dotyczących van Gogha pojawiają się określenia takie jak „ogólne pomieszanie zmysłów” czy „napady szaleństwa”, które dziś niewiele mówią o rzeczywistej naturze jego problemów.
Przez kolejne dziesięciolecia próbowano postawić mu niemal trzydzieści różnych diagnoz. Wśród nich znalazły się schizofrenia, choroba afektywna dwubiegunowa, epilepsja płata skroniowego, zatrucie alkoholem, zatrucie ołowiem, kiła, porfiria, choroba Ménière’a, a nawet zatrucie terpentyną. Każda z tych teorii wyjaśniała jedynie część objawów.
Obecnie coraz więcej psychiatrów skłania się ku temu, że van Gogh nie cierpiał na jedną chorobę. Był raczej ofiarą splotu wielu czynników. Skrajne wyczerpanie organizmu, chroniczne niedożywienie, wieloletnie nadużywanie alkoholu, bezsenność, możliwe napady padaczkowe oraz poważne zaburzenia nastroju mogły wzajemnie się nasilać. Dziś nazwalibyśmy to obrazem wieloczynnikowym, którego nie da się sprowadzić do jednej diagnozy.
Paradoks polega na tym, że między kolejnymi atakami Vincent funkcjonował całkowicie logicznie. Pisał niezwykle uporządkowane listy, planował nowe obrazy, analizował technikę malarską i prowadził głębokie rozważania o sztuce. Nie był człowiekiem stale pogrążonym w obłędzie. Raczej kimś, kto z przerażeniem obserwował, jak od czasu do czasu jego własny umysł wymyka się spod kontroli.
To właśnie podczas pobytu w Saint-Rémy powstało jedno z najbardziej rozpoznawalnych dzieł w historii sztuki – „Gwiaździsta noc”.
Na pierwszy rzut oka obraz wydaje się niemal baśniowy. Niebo wiruje, gwiazdy pulsują, a księżyc przypomina płonącą kulę światła. Przez lata uważano, że jest to wyłącznie wizja chorego artysty. Dopiero współcześni fizycy zwrócili uwagę na coś niezwykłego. Po przeanalizowaniu układu wirujących linii odkryli, że ich rozkład zadziwiająco przypomina matematyczne prawa opisujące turbulencje w atmosferze. Są to zależności sformułowane dopiero wiele dziesięcioleci po śmierci van Gogha.
Nie oznacza to oczywiście, że malarz znał zaawansowaną matematykę. Najprawdopodobniej jego niezwykła zdolność obserwacji natury pozwalała mu intuicyjnie uchwycić zjawiska, których nauka jeszcze nie potrafiła opisać. To jeden z tych przypadków, gdy sztuka wyprzedziła naukę.

Gwiaździsta noc, domena publiczna
27 lipca 1890 roku Vincent wyszedł z gospody Auberge Ravoux w Auvers-sur-Oise.
Jak niemal każdego dnia zabrał ze sobą sztalugi, płótno i farby. Miał malować. Po kilku godzinach wrócił. Był ciężko ranny.
Kula przebiła jego ciało, lecz nie uszkodziła serca. Mimo ogromnego bólu zdołał sam dojść do pokoju. Wezwano lekarza. Na pytanie, co się stało, odpowiedział krótko:
– Sam to zrobiłem. Nie oskarżajcie nikogo.
Dwa dni później zmarł. Przez ponad sto lat uznawano tę historię za zakończoną. Jednak z biegiem czasu zaczęły pojawiać się pytania.
W 2011 roku autorzy obszernej biografii Steven Naifeh i Gregory White Smith przedstawili hipotezę, która wywołała burzliwą dyskusję.
Ich zdaniem Vincent mógł zostać przypadkowo postrzelony przez nastoletnich braci René i Gastona Secretanów. Chłopcy często dokuczali malarzowi, nosili rewolwer i bawili się w kowbojów. Jeden z nich wiele lat później wspominał swoje spotkania z van Goghiem, choć nigdy wprost nie przyznał się do oddania śmiertelnego strzału.
Autorzy zwrócili uwagę na kilka zastanawiających faktów. Nigdy nie odnaleziono broni. Nie znaleziono też materiałów malarskich, z którymi Vincent miał wyjść tego dnia.
Tor lotu kuli był nietypowy dla samobójstwa. Na jego dłoniach nie odnotowano śladów prochu. Sam van Gogh przez całe życie uważał samobójstwo za akt rozpaczy sprzeczny z jego przekonaniami religijnymi. Czy więc skłamał, mówiąc lekarzom, że sam się postrzelił?
Zwolennicy teorii o wypadku sądzą, że chciał chronić młodych chłopców przed odpowiedzialnością. Być może uznał, że jego życie i tak dobiega końca. Nie wszyscy historycy zgadzają się z tą hipotezą. Wielu badaczy nadal uważa samobójstwo za najbardziej prawdopodobne wyjaśnienie. Brakuje dowodów, które pozwoliłyby definitywnie rozstrzygnąć spór.
To jedna z tych zagadek, które być może nigdy nie zostaną rozwiązane.
Vincent van Gogh zmarł 29 lipca 1890 roku. Przy jego łóżku czuwał Theo. Brat, który przez całe życie wierzył w jego talent. Na pogrzeb przyszło zaledwie kilkadziesiąt osób.
Pokój, w którym wystawiono ciało, ozdobiono obrazami malarza i bukietami słoneczników – kwiatów, które stały się symbolem jego twórczości. Nie było tłumów, kamer ani wielkich przemówień. Było cicho. Sześć miesięcy później zmarł również Theo. Obaj spoczęli obok siebie na niewielkim cmentarzu w Auvers-sur-Oise.
Dopiero po latach ich groby połączył bluszcz – roślina symbolizująca wierność i braterską więź.

Historia mogła zakończyć się właśnie tutaj. Gdyby nie jedna osoba. Johanna van Gogh-Bonger, wdowa po Theo.
Miała zaledwie dwadzieścia osiem lat, gdy została sama z małym synem, setkami obrazów i tysiącami listów, których nikt nie chciał kupić. Zamiast sprzedać wszystko za bezcen, postanowiła walczyć o pamięć o szwagrze. Organizowała wystawy. Tłumaczyła listy. Przekonywała marszandów i kolekcjonerów. Publikowała korespondencję Vincenta, dzięki której świat poznał nie tylko jego obrazy, ale także myśli, wątpliwości i marzenia.
To właśnie Johanna stworzyła fundament legendy van Gogha. Bez jej determinacji wiele dzieł mogłoby rozproszyć się po prywatnych kolekcjach, a nazwisko malarza pozostałoby jedynie przypisem w historii sztuki.
Niestety los nie oszczędzał van Gogha nawet po śmierci. Jego dzieła należą dziś do najczęściej kradzionych obrazów świata. Jednym z najbardziej zagadkowych przypadków jest „Kwiat maku”, skradziony z Muzeum Mahmuda Chalila w Kairze – i to dwukrotnie. Po pierwszej kradzieży odzyskano go po latach, lecz po drugim zniknięciu w 2010 roku ślad urwał się całkowicie.
Równie sensacyjne były losy dwóch obrazów skradzionych z Muzeum van Gogha w Amsterdamie w 2002 roku. Przez czternaście lat uznawano je za bezpowrotnie utracone. Odnaleziono je dopiero podczas akcji włoskiej policji wymierzonej w neapolitańską Camorrę. Ukryte były w domu jednego z gangsterów, owinięte w materiał i schowane za ścianą.
Takie historie pokazują, że wokół twórczości van Gogha nadal unosi się aura tajemnicy.
Za życia sprzedał prawdopodobnie tylko jeden obraz. Dziś jego dzieła osiągają ceny liczone w dziesiątkach, a nawet setkach milionów dolarów. Stały się ikonami kultury, rozpoznawalnymi na całym świecie.
A jednak najcenniejszym dziedzictwem van Gogha nie są obrazy.
Są nim pytania. Czy naprawdę sam odciął sobie ucho? Czy został przypadkowo postrzelony? Na jaką chorobę cierpiał? Dlaczego żółty kolor zdominował jego twórczość?
I czy rzeczywiście był szalony, czy może po prostu żył w czasach, które nie potrafiły zrozumieć człowieka o niezwykłej wrażliwości?
Być może nigdy nie poznamy odpowiedzi.
Jedno wydaje się jednak pewne. Vincent van Gogh nie malował świata takim, jakim był. Malował świat takim, jakim go czuł. To właśnie dlatego, ponad sto trzydzieści lat po jego śmierci, jego obrazy nadal poruszają miliony ludzi – nie dlatego, że są doskonałe technicznie, ale dlatego, że kryje się w nich prawda o człowieku, który całe życie szukał światła, nawet wtedy, gdy wokół panował mrok.