Albert Speer to postać, która do dziś wymyka się jednoznacznym ocenom, stanowiąc studium moralnej schizofrenii. Stworzył lub zmodyfikował ikoniczne budynki Trzeciej Rzeszy, a nawet zaprojektował „Tysiącletni Berlin” – architektoniczne szaleństwo wymyślone przez Führera. Jako minister uzbrojenia podwoił produkcję i opóźnił postępy aliantów o rok. Choć sądzony w Norymberdze, dzięki swojej inteligencji oszukał ławę przysięgłych i uniknął stryczka, otrzymując wyrok 20 lat więzienia ale do końca życia pozostał więźniem własnej przeszłości. Poznaj historię człowieka, który stał się „moralnym lunatykiem” u boku dyktatora.

Speer pokazuje Hitlerowi swoje plany architektoniczne.
Jednym z najbardziej frapujących pytań dotyczących Alberta Speera jest to, jak człowiek o tak wysokiej inteligencji, wyrafinowaniu i odebranym wykształceniu mógł ulec pierwotnemu urokowi Adolfa Hitlera. Historię Speera należy odczytywać jako studium magnetyzmu i patologicznej ambicji. Był on człowiekiem zaślepionym wizją władzy, wielkich dzieł i chęcią pozostawienia po sobie nazwiska, które przetrwa wieki. W pogoni za wpływami stał się – jak określają go biografowie – moralnym lunatykiem.
Speer poznał Hitlera w 1931 roku. Był wówczas tylko jedną z wielu osób obecnych na wiecu, lecz od pierwszej chwili poczuł się olśniony energią przywódcy. Wkrótce wstąpił do partii i zaczął dostarczać pierwsze projekty. Przełom nastąpił, gdy Hitler, odrzucając propozycje swoich ministrów dotyczące Zjazdu Norymberskiego, przyjął szkice młodego architekta. Choć na pierwszym spotkaniu dyktator nawet nie spojrzał mu w oczy, brutalnie wybierając jeden z rysunków, już na kolejnym zaprosił go na lunch.
Relacja ta szybko przerodziła się w coś więcej niż stosunek służbowy. Speer stał się powiernikiem Hitlera, towarzysząc mu w prywatnych podróżach i na wakacjach.
„Jeśli Hitler kiedykolwiek miał przyjaciela, to byłem nim ja” – powiedział Speer na początku lat 70., dodając jednak z właściwą sobie ostrożnością, że kluczowym słowem w tym zdaniu jest słowo „jeśli”. Ta bliskość sprawiła, że stał się człowiekiem zaślepionym przez wpływy, pieniądze i poczucie bycia kimś wyjątkowym.
Hitler miał wielkie, imperialne marzenia, a Speer był tym, który nadawał im realny kształt. Jego architektura – wagnerowska, monumentalna i surowa – była daleka od jego osobistych, bardziej powściągliwych upodobań, ale doskonale odzwierciedlała sposób, w jaki ambicja podporządkowała go systemowi.
Do jego najbardziej znanych projektów należały:
Pewnego popołudnia Speer pokazał makietę tego „nowego świata” swojemu ojcu. Reakcja starego architekta była wymowna: „Synu, wy wszyscy kompletnie oszaleliście”. Speer uznał wtedy, że jego ojciec po prostu nie rozumie zmieniających się czasów. Ironią losu jest fakt, że niemal żadne z jego dzieł nie przetrwało wojny. To była jego najgorsza kara – tęsknota za nieśmiertelnością poprzez kamień została udaremniona przez gruzy i całkowite zniszczenie.

W kwaterze głównej Wilczego Szańca Adolf Hitler przegląda dokumenty ministra uzbrojenia Alberta Speera. (Zdjęcie: Heinrich Hoffmann/Biblioteka Kongresu/Corbis/VCG via Getty Images)
W lutym 1942 roku, po nagłej i niewyjaśnionej do końca śmierci Fritza Todta w katastrofie lotniczej, Albert Speer objął tekę ministra uzbrojenia i amunicji. Mimo całkowitego braku doświadczenia w zarządzaniu przemysłem ciężkim czy logistyką wojenną, w niewiarygodnie krótkim czasie dokonał rzeczy niemal niemożliwej, optymalizując zasoby i zmuszając każdą fabrykę w kraju do morderczej, wręcz nieludzkiej wydajności. Nawet w obliczu coraz dotkliwszych dywanowych nalotów alianckich oraz miażdżących porażek Wehrmachtu na froncie wschodnim, produkcja broni pod jego twardą ręką nie tylko nie malała, ale rosła z miesiąca na miesiąc. Speer wprowadził niezwykle sprawny system podziemnych fabryk ukrytych w jaskiniach i sztolniach, co miało chronić produkcję przed bombardowaniami, a jednocześnie opracował rygorystyczny mechanizm pozyskiwania i dystrybucji deficytowych surowców. Dzisiejsi historycy wojskowości są w tej kwestii niemal zgodni, twierdząc, że jego wybitny talent organizacyjny, intelektualna sprawność oraz bezwzględna etyka pracy pozwoliły Niemcom przetrwać kryzysy i przedłużyły II wojnę światową o co najmniej rok. Niestety, ceną tego mrocznego „cudu gospodarczego” była niewolnicza praca milionów ludzi, zwożonych z całej okupowanej Europy. Speer bez cienia wahania żądał od SS dostarczania kolejnych dziesiątek tysięcy robotników przymusowych oraz więźniów obozów koncentracyjnych, stając się tym samym fundamentalnym i świadomym elementem nazistowskiej machiny zbrodni, która mieliła ludzkie życie w imię statystyk produkcji.

W 1942 roku Speer został mianowany ministrem uzbrojenia i pomimo nieubłaganego postępu aliantów, udało mu się podwoić produkcję.
Kiedy alianci pojmali Alberta Speera pod koniec wojny, początkowo mieli ogromny problem z jego jednoznaczną klasyfikacją jako zbrodniarza. Jego nienaganna elokwencja, przesadna niemal uprzejmość oraz wysoki poziom intelektualny sprawiały, że oficerowie śledczy podświadomie łagodzili surowość przesłuchań, widząc w nim raczej zagubionego technokratę niż fanatycznego nazistę. Speer sprytnie wykorzystywał to wrażenie, deklarując chęć współpracy i doradzając aliantom w kwestiach skuteczności ich własnego uzbrojenia, czym zyskał sobie pewien rodzaj szacunku. Podczas procesów przed Międzynarodowym Trybunałem Wojskowym w Norymberdze przyjął unikalną i niezwykle przebiegłą postawę, która drastycznie odróżniała go od pozostałych oskarżonych. Podczas gdy inni liderzy Rzeszy lekceważyli sąd lub chowali się za formułką o ślepym wykonywaniu rozkazów, Speer publicznie uznał słuszność Trybunału i przyjął na siebie ogólną, niemal filozoficzną odpowiedzialność za zbrodnie systemu. Przyznał się co prawda do wykorzystywania pracowników obozów, ale natychmiast równoważył to twierdzeniem, że w miarę możliwości starał się poprawiać ich warunki bytowe. Najbardziej spektakularnym elementem jego obrony była jednak kwestia Holocaustu, w której zastosował genialną w swojej prostocie linię obrony, przekonując sędziów, że choć jako wysoki urzędnik powinien był wiedzieć o eksterminacji i teoretycznie mógł taką wiedzę zdobyć, to w rzeczywistości o niczym nie wiedział. Ta mistrzowska retoryka „przestępcy przez zaniechanie” oraz aura skruszonego intelektualisty pozwoliły mu uniknąć stryczka, na który posłano jego bezpośredniego podwładnego, Fritza Sauckla. Sauckel został stracony za brutalne łapanki i dostarczanie robotników, podczas gdy Speer, który jako minister te dostawy planował i zamawiał, otrzymał wyrok zaledwie 20 lat pozbawienia wolności.

Speer, z rękami skrzyżowanymi po prawej stronie, w górnym rzędzie. Trybunał Norymberski uznał, że nie znał on losu Żydów. Późniejsze śledztwo wykazało, że to kłamstwo. (Zdjęcie: Imagno/Getty Images)
Dwie dekady spędzone w murach berlińskiego więzienia Spandau stały się dla Alberta Speera czasem pieczołowicie zaplanowanej wewnętrznej i wizerunkowej transformacji. Odcięty od świata, poświęcił się intensywnej nauce, przeczytał ponad pięć tysięcy książek, opanował biegle języki obce i z pasją pielęgnował więzienny ogród, stając się niemal ekspertem w dziedzinie botaniki. Jednocześnie jednak, za murami więzienia, jego życie prywatne legło w gruzach, a relacje z najbliższą rodziną uległy nieodwracalnej i bolesnej destrukcji. Po wyjściu na wolność w 1966 roku okazało się, że jest człowiekiem kompletnie niezdolnym do nawiązania emocjonalnej więzi ze swoimi dziećmi, które dorastały w cieniu jego hańby. Sam Speer ze smutkiem wspominał wieczór w alpejskim domu, kiedy to po jego wyjściu z pokoju nagle usłyszał radosny śmiech swoich bliskich, co uświadomiło mu, że tylko w jego nieobecności rodzina jest w stanie poczuć się naturalnie i swobodnie. „Za duża presja na nie” – kwitował krótko.
W tym czasie jego powojenne publikacje, takie jak „Wspomnienia” oraz „Dziennik ze Spandau”, błyskawicznie stały się światowymi bestsellerami, kształtując opinię publiczną na dekady. Choć książki te były napisane chłodnym, analitycznym i pozornie życzliwym tonem, w rzeczywistości stanowiły misternie skonstruowaną zasłonę dymną, mającą na celu wybielenie jego biografii. Przez lata żmudnych badań historycznych udowodniono ponad wszelką wątpliwość, że Speer bezczelnie kłamał w kwestii swojej wiedzy o zagładzie. Odnalezione dokumenty jednoznacznie wskazują, że uczestniczył on w kluczowych spotkaniach, na których otwarcie i ze szczegółami dyskutowano o „ostatecznym rozwiązaniu kwestii żydowskiej”.

Albert Speer (1905–1981) zorganizował konferencję prasową po opuszczeniu Spandau 1 października 1966 r. (zdjęcie: Central Press/Hulton Archive/Getty Images)
Albert Speer do ostatniego tchnienia pozostał postacią niezwykle złożoną, wielowymiarową i przepełnioną wewnętrznymi sprzecznościami, które czyniły go niemal niemożliwym do jednoznacznej oceny. Gitta Sereny, wybitna dziennikarka i jego biografka, słusznie zauważyła, że Speer wcale nie był amoralny czy niemoralny w taki sposób, w jaki postrzegano innych liderów nazistowskich, którzy wydawali się pozbawieni jakiegokolwiek sumienia. Według niej był on kimś znacznie gorszym i bardziej niebezpiecznym – człowiekiem obdarzonym moralnością, który jednak przez długie lata potrafił ją całkowicie i skutecznie tłumić w imię własnej kariery i ambicji. W jednym z ostatnich wielkich wywiadów dla magazynu „Playboy” w 1971 roku, zachowując swój stały, nienaganny i łagodny ton, zdobył się na niezwykłe wyznanie, mówiąc, że wiele osób oczekuje od niego usprawiedliwienia czynów, których dokonał, ale on sam nie potrafi tego zrobić.
„Wiele osób zdaje się oczekiwać, że będę usprawiedliwiał to, co zrobiłem. Nie potrafię. Nie ma dla mnie żadnego usprawiedliwienia ani przeprosin. Mam krew na rękach”.
Choć nie próbował jej zmyć, to starał się chociaż mieć odwagę na nią patrzeć. Speer zmarł nagle w 1981 roku w Londynie, do samego końca pozostając więźniem własnej, mrocznej historii i legendy, którą sam stworzył. Jego życie najlepiej podsumowują jego własne słowa: „Zejście do piekła może być ekscytującą podróżą, ale to podróż w jedną stronę. Wiem to. Byłem tam. Nadal tam jestem”.
Speer wcale nie szukał taniego odkupienia ani przebaczenia ze strony świata, gdyż w głębi duszy wierzył, że poprzez swoje czyny bezpowrotnie utracił do niego moralne prawo. Jego życie po Spandau stało się więc procesem bez wyroku uniewinniającego, drogą ku osobistemu wyzwoleniu i zbawieniu, którego – jak sam gorzko przeczuwał – nigdy nie zdoła osiągnąć. Ta świadomość wiecznego potępienia towarzyszyła mu do ostatniego tchnienia, czyniąc z niego postać tragicznie uwięzioną między intelektualnym zrozumieniem winy a emocjonalną niezdolnością do jej zmazania.