Dorota Pietruszka przedstawia

suplement historii

Czy zjedzono premiera Niderlandów? Makabryczna historia Johana de Witta

Rok 1672. Rozwścieczony tłum w Niderlandach morduje jednego z najważniejszych polityków kraju. Według popularnego dziś mema – nie tylko go zabija, ale i… zjada.
Brzmi jak absurd, prowokacja albo typowy historyczny fake news. Problem polega na tym, że ta historia nie wzięła się znikąd. I choć w takiej formie jest uproszczeniem, to wydarzenia, które za nią stoją, należą do najbardziej brutalnych epizodów w dziejach Europy.

Zanim jednak przejdziemy do samego linczu, trzeba uporządkować fakty. Nie chodziło o Holandię w dzisiejszym znaczeniu, lecz o Republikę Zjednoczonych Prowincji, czyli Niderlandy. Nie był to też formalnie premier, lecz Wielki Pensjonariusz – najważniejszy polityk republiki. A przede wszystkim: nie mamy pewności, czy rzeczywiście doszło do „zjedzenia” w sensie dosłownym. Ale to wcale nie sprawia, że ta historia staje się mniej mroczna.

Kim był Johan de Witt

W centrum tej opowieści stoi Johan de Witt, jedna z najważniejszych postaci XVII wieku, człowiek, który przez lata współtworzył potęgę Niderlandów, przywódca republikanów, przeciwnik monarchii, wybitny matematyk i polityk, architekt morskiej siły państwa, człowiek, który wzmacniał flotę, pilnował interesów republiki i prowadził politykę dającą Niderlandom ogromną przewagę w handlu i na morzach, a jednak w ciągu zaledwie kilku miesięcy stał się w oczach wielu symbolem porażki, zdrady i wszystkiego, co miało pójść źle

To właśnie w takich momentach historia pokazuje swoją najciemniejszą twarz, bo ten sam człowiek, który jeszcze chwilę wcześniej był filarem państwa, nagle może zostać uznany za jego największego wroga, wystarczy kryzys, strach i odpowiednio skierowany gniew tłumu

Rampjaar, czyli rok katastrofy

Kluczem do zrozumienia całej historii jest rok 1672, do dziś nazywany w Niderlandach Rampjaar, czyli rokiem katastrofy, wtedy państwo zostało zaatakowane jednocześnie przez Francję Ludwika XIV, Anglię oraz ich sojuszników, republika, która jeszcze niedawno dominowała na morzach i budziła respekt w całej Europie, nagle zaczęła się chwiać, społeczeństwo ogarnęła panika, a panika bardzo szybko zamieniła się w gniew

Kiedy państwo traci poczucie bezpieczeństwa, ludzie niemal zawsze zaczynają szukać winnych, nie analizują mechanizmów, nie czekają na spokojne wyjaśnienia, nie chcą niuansów, chcą twarzy, na którą można zrzucić cały ciężar katastrofy, i właśnie taką twarzą stał się Johan de Witt

Rampjaar 1672 - Wat gebeurde er en wat waren de gevolgen?

Trzecia wojna angielsko-holenderska – bitwa pod Kijkduin w 1673 r. – Willem van de Velde

Strach, polityka i walka o władzę

Sytuację wykorzystał jego wielki polityczny przeciwnik, Wilhelm Orański, który w atmosferze chaosu i lęku zaczął przejmować władzę, republikański obóz de Witta rozpadał się coraz szybciej, a napięcie rosło z dnia na dzień, brat Johana, Cornelis de Witt, został oskarżony o zdradę i uwięziony, a gdy Johan przyszedł go odwiedzić, sam znalazł się w pułapce, z której nie było już wyjścia

To właśnie tutaj ta historia przestaje być tylko opowieścią o polityce i staje się opowieścią o tym, jak łatwo emocje ulicy mogą zostać zamienione w narzędzie walki o władzę, bo wszystko wskazuje na to, że późniejszy wybuch przemocy nie był wyłącznie spontanicznym szałem, lecz wydarzeniem podsycanym przez tych, którzy potrafili wykorzystać strach dla własnych celów

Lincz w Hadze, dzień który przeszedł do historii

20 sierpnia 1672 roku pod więzieniem w Hadze zebrał się tłum, z pozoru był to kolejny wybuch rozwścieczonych ludzi, lecz wiele wskazuje na to, że emocje nie eksplodowały tam przypadkiem, świadectwa i interpretacje historyków sugerują, że tłum został podburzony, a być może nawet częściowo zorganizowany, bo Rampjaar nie był tylko kryzysem militarnym, był także momentem, w którym o przyszłości państwa decydowali ci, którzy najlepiej potrafili sterować społeczną paniką

W pewnej chwili napięcie pękło, braci de Witt wyciągnięto z więzienia, brutalnie pobito i zastrzelono, ale to nie był koniec, to był dopiero początek scen, które nawet jak na brutalne realia XVII wieku wydawały się czymś skrajnie potwornym

Makabra, która przeraziła Europę

Ciała Johana i Cornelisa zostały rozebrane, powieszone głowami w dół i wystawione na widok publiczny, a potem rozpoczęło się systematyczne okaleczanie zwłok, wyciągano wnętrzności, odcinano fragmenty ciała, tłum traktował martwych ludzi jak trofea, jak symbole zwycięstwa nad znienawidzonym wrogiem, relacje mówią o odcinaniu palców, języka, a nawet genitaliów, i właśnie dlatego to wydarzenie do dziś budzi tak silne emocje, bo nie była to zwykła egzekucja ani nawet zwykły lincz, była to demonstracja nienawiści, zemsty i całkowitej dehumanizacji przeciwnika

W takich scenach przestaje chodzić o karę, a zaczyna chodzić o spektakl, o pokaz siły, o sygnał wysłany całemu społeczeństwu, że dawny porządek się skończył i że każdy, kto stanie po złej stronie politycznego konfliktu, może zostać nie tylko zabity, ale symbolicznie wymazany z człowieczeństwa

 

 
Ciała braci de Witt (obraz Jana de Baen), źródło: wikipedia

Czy Holendrzy naprawdę zjedli swojego premiera

I właśnie tutaj pojawia się najbardziej kontrowersyjny element całej historii, bo część źródeł historycznych podaje, że tłum nie tylko zbezcześcił ciała, ale także spożywał ich fragmenty, według niektórych przekazów konsumowano kawałki mięsa, a nawet organy wewnętrzne, inni badacze podchodzą jednak do tych relacji z dużą ostrożnością i zwracają uwagę, że jeśli takie akty rzeczywiście miały miejsce, mogły mieć charakter symboliczny, bardziej jako gest upokorzenia i demonstracja triumfu niż realny akt kanibalizmu w sensie dosłownym

Jedno nie budzi większych wątpliwości, nie był to kanibalizm z głodu, Europa zna przypadki jedzenia ludzkiego mięsa podczas oblężeń, katastrof i klęsk głodu, ale tutaj sytuacja była zupełnie inna, jeśli rzeczywiście doszło do spożywania fragmentów ciał, to nie z potrzeby przetrwania, lecz jako akt politycznej furii, nienawiści i symbolicznego zniszczenia przeciwnika

I to właśnie ten szczegół sprawia, że słynne zdanie z internetu jest jednocześnie prawdopodobnie przesadzone i jednocześnie przerażająco bliskie prawdy, bo nawet jeśli nie było żadnej uczty i żadnego narodowego kanibalizmu, to sam fakt, że historycy w ogóle muszą rozważać taki scenariusz, mówi o skali barbarzyństwa więcej niż niejeden podręcznik

Czy to był spontaniczny wybuch, czy zaplanowana akcja

Współcześni historycy coraz częściej zwracają uwagę, że cała zbrodnia mogła mieć elementy zaplanowanej akcji, wiadomo, że część uczestników linczu została później nagrodzona stanowiskami, a sprawcy nigdy nie ponieśli realnych konsekwencji, to rzuca na całą historię zupełnie inne światło, bo sugeruje, że tłum nie musiał być samodzielnym sprawcą, lecz mógł stać się narzędziem w rękach ludzi walczących o władzę

To już nie jest tylko opowieść o rozwścieczonej ulicy, lecz także o cynizmie elit, które potrafią wykorzystać zbiorowe emocje do realizacji własnych politycznych celów, i właśnie dlatego historia de Wittów brzmi tak nowocześnie, bo mechanizm pozostaje znajomy, najpierw przychodzi kryzys, potem propaganda, następnie wskazanie winnego, a na końcu pojawia się tłum, który wykonuje to, czego inni nie chcą zrobić własnymi rękami.

Koniec republikańskiej epoki w Niderlandach

Śmierć braci de Witt stała się symbolem końca pewnej epoki, republikańska wizja państwa ustąpiła miejsca dominacji Orańskich, a brutalny lincz pokazał, jak cienka potrafi być granica między cywilizacją a chaosem, między państwem prawa a polityką opartą na strachu, upokorzeniu i przemocy

To właśnie dlatego ta historia nie jest tylko krwawą ciekawostką z XVII wieku, lecz momentem granicznym, w którym można zobaczyć, jak szybko stabilne i odnoszące sukcesy społeczeństwo może rozpaść się pod wpływem wojny, paniki i walki o władzę

Jak historia zamieniła się w mem

Z czasem wydarzenie zaczęło żyć własnym życiem, zostało opisane w literaturze, między innymi przez Alexandre’a Dumasa w Czarnym tulipanie, a w XXI wieku powróciło w formie memów i internetowych skrótów, zdanie Holendrzy zjedli swojego premiera jest chwytliwe, krótkie i brutalnie skuteczne, dlatego tak dobrze działa w sieci, ale jednocześnie spłaszcza znacznie bardziej złożoną rzeczywistość

Bo prawda nie wygląda tak, jak lubi internet, nie było żadnego zbiorowego narodowego rytuału, nie było uczty, nie było prostego historycznego obrazka, był natomiast tłum, była panika, była manipulacja i było przekroczenie granicy, za którą człowiek przestaje widzieć w drugim człowieku człowieka

Właśnie dlatego opowieść o Johan de Witt nie jest tylko makabryczną anegdotą z dawnych czasów, to także ostrzeżenie, podobne eksplozje przemocy pojawiały się przecież wielokrotnie, podczas rewolucji, przewrotów politycznych i wojen domowych, mechanizm za każdym razem wygląda podobnie, najpierw pojawia się kryzys, potem propaganda, później wskazuje się winnego, a na końcu tłum zaczyna działać, często w przekonaniu, że wykonuje dziejową sprawiedliwość

Jak zauważają badacze analizujący wydarzenia Rampjaar i śmierć braci de Witt, nie był to tylko odległy incydent historyczny, lecz przykład tego, jak szybko społeczeństwo może się rozpaść, gdy instytucje słabną, emocje dominują nad rozsądkiem, a strach staje się potężniejszy niż prawo.

Bo choć brzmi jak żart, kryje w sobie jedną z najbardziej niewygodnych prawd o historii, cywilizacja jest znacznie bardziej krucha, niż chcielibyśmy wierzyć, i być może właśnie dlatego mem o Holendrach, którzy zjedli swojego premiera, wraca raz po raz, bo pod warstwą internetowego skrótu kryje się coś o wiele gorszego niż sensacja, kryje się przypomnienie, że nawet rozwinięte społeczeństwo może w jednej chwili osunąć się w przemoc, jeśli strach, gniew i polityczna manipulacja przejmą kontrolę

P.S Warto wspomnieć, że De Witt był wybitnym matematykiem. Jego  Elementa curvarum linearum (napisany przed 1650 r., ale opublikowany w latach 1659–61) był jednym z pierwszych podręczników geometrii analitycznej

P.S Podobne historie zdarzały się częściej niż myślisz

Historia Johana de Witta nie jest odosobnionym przypadkiem i właśnie to czyni ją jeszcze bardziej niepokojącą, w różnych epokach i miejscach pojawiały się bardzo podobne eksplozje przemocy, w których tłum przekraczał granice człowieczeństwa w niemal identyczny sposób

Podczas rewolucji francuskiej tłum nie tylko zabijał, ale także zamieniał śmierć w spektakl, głowy ofiar noszono na pikach i obnoszono po ulicach jako symbol zwycięstwa nad dawną władzą, co pokazuje, że przemoc często miała wymiar nie tylko fizyczny, ale i symboliczny

W czasie rewolucji rosyjskiej dochodziło do samosądów na elitach, ludzi wyciągano z domów, bito i zabijano bez procesu, a wszystko to działo się w przekonaniu, że tłum wymierza sprawiedliwość, mechanizm był niemal identyczny jak w Niderlandach w 1672 roku

Z kolei w XX wieku po śmierci Mussoliniego jego ciało zostało wystawione publicznie, powieszone głową w dół i znieważane przez tłum, co do złudzenia przypomina sceny z Hagi i pokazuje, że potrzeba symbolicznego upokorzenia przeciwnika politycznego nie zniknęła wraz z rozwojem cywilizacji

Istnieją też przypadki jeszcze bardziej skrajne, jak oblężenia miast, podczas których dochodziło do kanibalizmu z desperacji, jednak w przeciwieństwie do wydarzeń z 1672 roku był to efekt walki o przetrwanie, a nie politycznej furii

Wszystkie te historie łączy jeden powtarzający się schemat, pojawia się kryzys, narasta strach, ktoś wskazuje winnego, a tłum zaczyna działać, często w przekonaniu, że robi coś słusznego

I właśnie dlatego opowieść o tym, że Holendrzy zjedli swojego premiera, nie jest tylko historyczną ciekawostką, lecz częścią większego wzorca, który powraca w różnych formach, przypominając, że granica między porządkiem a chaosem jest znacznie cieńsza, niż chcielibyśmy wierzyć.

    Dodaj komentarz

    Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *