Historia II wojny światowej kojarzy się nam głównie z Auschwitz, jednak na mapie nazistowskiego terroru istniało miejsce, które budziło grozę nawet wśród najbardziej doświadczonych więźniów innych obozów. Kompleks Mauthausen-Gusen w Austrii, ze swoim morderczym kamieniołomem i systemem tortur, był jedynym obozem sklasyfikowanym przez SS jako „Kategoria III” – miejsce dla „niepoprawnych elementów”, z którego powrót był praktycznie niemożliwy.
W popkulturze Mauthausen pojawia się rzadko, ale zazwyczaj w kontekście mrocznych tajemnic. Steve Berry w swojej powieści „Bursztynowa komnata” wspomina o tym miejscu, opisując scenę polewania więźniów wodą na mrozie, by wydobyć informacje o zaginionym skarbie carów. Choć w książce jest to element fabuły, rzeczywistość obozowa była znacznie bardziej drastyczna. To właśnie w podobozie Gusen narodziła się jedna z najbardziej nieludzkich metod eksterminacji: „Kąpiele śmierci” (Totbadeaktion).
Wszystko zaczęło się w 1938 roku. Głównym punktem obozu był kamieniołom Wiener Graben, gdzie więźniowie wydobywali granit na monumentalne budowle III Rzeszy. Do historii przeszły tzw. „Schody Śmierci” – 186 stromych, nierównych stopni.
Więźniowie musieli wnosić po nich bloki skalne ważące niekiedy 50 kilogramów. Tych, którzy padali z wycieńczenia, esesmani zrzucali w przepaść lub spychali pod nogi idących niżej kolegów. Komendant obozu, Karl Chmielewski, wraz ze swoją załogą sadystów, traktował mordowanie jak codzienną rutynę. Więźniowie byli miażdżeni ciężkimi butami, katowani pałkami i poddawani chłoście liczącej nawet 150 uderzeń.
Najbardziej wyrafinowaną torturą, stosowaną masowo między wrześniem 1941 a styczniem 1942 roku, były wspomniane kąpiele śmierci. Nie miały one nic wspólnego z higieną – ich jedynym celem była szybka eliminacja osób słabych i chorych.
Mechanizm był potworny: więźniów spędzano nago do łaźni, zamykano odpływy i polewano ich pod ogromnym ciśnieniem lodowatą wodą. Całość trwała około 30 minut. Ci, którzy nie utonęli w wypełniającej się sali, umierali z wychłodzenia lub w ciągu kilku dni na zapalenie płuc. Szacuje się, że zamordowano w ten sposób około 2000 osób.
Wstrząsające świadectwo tych wydarzeń pozostawił więzień Gusen, Teofil Czypionka:
„Oczom naszym przedstawia się straszny widok: – SS-mani i kapowie wpędzili z bloku nr 32 do lodowej kąpieli około 130 ludzi, najwięcej wychudłych biedaków, nago. W kąpieli zatkano otwory do odpływu wody, jest strasznie zimno. SS-mani i kapowie krzyczą na jeńców, każą im włazić do zmrożonej wody, a gdy to nie pomaga, kopią i biją ich po nagich plecach, nawet, po brzegu podwyższonym, puszczają całym pędem, żelazny wózek o dwóch kołach, i wtrącają resztę do zimnej wody. Teraz każą im się pokłaść i zanurzać, nawet głowy; kto się opierał, bito go żelazną łopatą w plecy lub głowę. Tylko ludzie bez Boga mogli dopuścić się podobnej zbrodni. Powstaje straszna rozpacz, każdy widzi, że trzeba się raptownie rozstać z tym życiem, że wszyscy będą potopieni: ojcowie rodzin, synowie, starcy, już i tak od głodu wycieńczeni i niezdolni do pracy (…)”
Mauthausen-Gusen to nie tylko otwarty teren obozu, to także ogromny kompleks podziemny. Sztolnie o kryptonimie „Bergkristall” do dziś rozpalają wyobraźnię badaczy. Więźniowie w morderczym tempie drążyli tam tunele, w których montowano kadłuby odrzutowych myśliwców Messerschmitt Me 262.
Do dziś krążą teorie o ukrytych tam laboratoriach, w których naziści mogli pracować nad programem nuklearnym lub nowymi rodzajami broni V. Wiele z tych przejść zostało wysadzonych przez Niemców tuż przed wyzwoleniem, a ich pełna inwentaryzacja trwa do teraz przy użyciu najnowocześniejszych georadarów.
Po wyzwoleniu obozu w maju 1945 roku, losy katów potoczyły się różnie:
Franz Ziereis (Komendant): Postrzelony podczas ucieczki, złożył zeznania na łożu śmierci, po czym jego ciało zostało powieszone przez byłych więźniów na drucie kolczastym.
Aribert Heim („Doktor Śmierć”): Wykonywał w obozie nieludzkie eksperymenty (m.in. wstrzykiwanie benzyny do serca). Uciekł tzw. „szlakiem szczurów” do Egiptu, gdzie pod zmienionym nazwiskiem żył spokojnie aż do śmierci w 1992 roku.
Bruno Wolfgang Heinz Jentzsch: Główny wykonawca „kąpieli śmierci”. Przez dziesięciolecia unikał kary. Dopiero w 1968 roku skazano go na dożywocie, jednak wyszedł na wolność w 1982 roku ze względu na wiek. Zmarł w 1994 roku.
Karl Chmielewski: „Diabeł z Gusen” został skazany na dożywocie w 1953 roku, ale w 1979 roku ułaskawiono go ze względów zdrowotnych.
System obozowy Mauthausen-Gusen nie funkcjonował w próżni. Był on ściśle zintegrowany z niemiecką gospodarką wojenną, a z niewolniczej pracy więźniów korzystały największe ówczesne koncerny. Ludzkie życie przeliczano tam na konkretne zyski, marki i godziny pracy przy taśmach produkcyjnych.
Do najważniejszych graczy w tym krwawym interesie należały:
Accumulatoren-Fabrik AFA (dzisiejsza Varta): Więźniowie Gusen w nieludzkich warunkach produkowali tam baterie i akumulatory do U-Bootów. Praca przy ołowiu i kwasach bez żadnych zabezpieczeń oznaczała dla nich powolną i bolesną śmierć z powodu zatrucia organizmu.
Flugmotorenwerke Ostmarkt: Koncern ten wykorzystywał siłę roboczą do masowej produkcji silników lotniczych, które miały zapewnić Luftwaffe panowanie w powietrzu.
Heinkel oraz Messerschmitt: Te lotnicze giganty przeniosły znaczną część swojej produkcji do podziemnych sztolni „Bergkristall”, aby chronić linie montażowe przed alianckimi bombardowaniami. Więźniowie montowali tam kadłuby najnowocześniejszych samolotów odrzutowych, często pracując 12-14 godzin na dobę przy minimalnych racjach żywnościowych.
Szczególnie mroczną rolę odegrał gigant medyczno-chemiczny – IG Farben (w skład którego wchodziły firmy takie jak Bayer, Hoechst czy BASF). Na potrzeby tego koncernu i powiązanych z nim laboratoriów, w Mauthausen przeprowadzano pseudomedyczne eksperymenty na żywych ludziach, testując nowe leki i substancje chemiczne.
To właśnie ten koncern, poprzez swoją spółkę córkę Degesch, był odpowiedzialny za produkcję i dystrybucję Cyklonu B. Środek ten, pierwotnie przeznaczony do dezynsekcji, stał się narzędziem masowej eksterminacji w komorach gazowych Mauthausen i Auschwitz-Birkenau. Jest to jeden z najbardziej wymownych przykładów na to, jak nauka i przemysł mogą stać się narzędziem absolutnego zła.
W całym systemie Mauthausen-Gusen życie straciło około 90 tysięcy ludzi. Choć statystyki te są porażające, należy pamiętać, że za każdą cyfrą kryje się konkretna tragedia. Co najmniej 14 tysięcy ofiar stanowili Żydzi, dla których obóz ten był jednym z ostatnich przystanków na drodze do całkowitej zagłady.
W końcowej fazie wojny obóz stał się również tragicznym punktem docelowym dla „marszów śmierci”. Więźniowie ewakuowani z likwidowanych obozów na wschodzie (w tym z Auschwitz), pędzeni setki kilometrów w mrozie i bez jedzenia, umierali u bram Mauthausen z wycieńczenia tuż przed samym wyzwoleniem.
Kiedy 5 maja 1945 roku wojska amerykańskie wkroczyły do obozu, zastały widok, który przeraził nawet zahartowanych w boju żołnierzy: tysiące żywych szkieletów, stosy niepochowanych ciał i infrastrukturę mordu, która do ostatniej chwili pracowała na pełnych obrotach.
Dziś w miejscu obozu istnieje miejsce pamięci. Przez lata pamięć o Gusen była zacierana – na terenach poobozowych wybudowano nawet prywatne osiedla. Dopiero ostatnie lata przyniosły przełom: rząd polski oraz organizacje międzynarodowe wywarły presję na Austrię, by wykupić te tereny i godnie upamiętnić ofiary.
Mauthausen-Gusen pozostaje wiecznym ostrzeżeniem przed tym, co dzieje się, gdy technologia i korporacje (jak AFA, Heinkel czy Messerschmitt) łączą siły z ideologią nienawiści, tworząc sprawnie działającą fabrykę śmierci.

Brama główna obozu Mauthausen Foto: Dnalor_01, źr. Wikipedia, lic. CC